niedziela, 26 lutego 2023

Przemiany

 Rzecz dzieje się w miesiącu lipcu, roku 1880-go, na wsi. Przede dworem folwarku Kamień stoi powozik i bryczka; w powoziku siedzi rządca tej majętności, pan Wodnicki, wraz z małżonką, oboje w płóciennych kitlach; na bryczce kręci się ich dziesięcioletnia córeczka, Jadzia, którą panna Wanda, nauczycielka, stara się uspokoić. Około powozika wyskakuje dwu chłopaków: jedynastoletni Staś, który ogląda i poprawia uprząż na koniach, i trzynastoletni Kazio z małą fuzyjką w rękach.  — Siadajcież nareszcie! — woła ojciec.  — Kaziu, proszę cię, zostaw fuzję! — błaga matka.  — Ale ja będę powoził! — odpowiada Staś.  — A jak nas w drodze napadną? — zwraca się do matki Kazio.  — Siadać! — krzyknął już zirytowany ojciec. — Ty zostawisz fuzyjkę, a ty nie będziesz powoził.  Chłopcy zmiarkowali, że opór do niczego nie doprowadzi; więc chmurny Kazio postawił fuzyjkę na ganku, a Staś, wciąż oglądając się na konie, powoli usiadł na przedniej ławeczce powozu.  — Więc nie dasz się namówić, Józiu? — zapytała pani Wodnicka młodzieńca, stojącego na ganku. — Wolisz zostać sam, aniżeli poznać miłe sąsiedztwo?  — Jeżeli wujostwo pozwolą, zostanę — odpowiedział młody chłopak z ukłonem.  — U nas, na bryczce, jest dosyć miejsca! — odezwała się Jadziulka.  — Nie krępujcie go! Niech robi, jak mu wygodniej! — odezwał się pan Wodnicki. — Bądź zdrów, Józiu!...  — A jak pójdziesz na spacer, nie zabłądź!... — upomniała pani.  — Nie zabłądzę. Szczęśliwej drogi! — odpowiedział, śmiejąc się, młody człowiek.  — Ruszaj! — zawołał pan Wodnicki.  Pierwszy furman trącił konie lejcami, drugi machnął batem i oba ekwipaże potoczyły się.  — Dowidzenia! dowidzenia! — wołali chłopcy, wywijając uczniowskiemi czapkami.  — Niegrzeczny Józio... nie będziemy kochać Józia! — dodała Jadziulka z bryczki.  Panna Wanda kiwnęła głową, owijając się szalem.  Po chwili powozik i bryczka, minąwszy bramę, zniknęły za drzewami. Dwa psy, jeden biały szpic, drugi bury kundel, pobiegły, szczekając, za końmi; niebawem wróciły. Kundel usiadł przy bramie i flegmatycznie drapał się z miną, wyrażającą nieufność, ażeby się to na co zdało; zaś biały szpic przybiegł do młodego człowieka i machając ogonem, patrzył mu prosto w oczy.  Młodzieniec miał dziewiętnaście lat, nazywał się Józef Trawiński i świeżo ukończył ósmą klasę gimnazjum, ażeby po wakacjach wstąpić na uniwersytet. Ubrany był w granatową kurtkę austrjacką i czarny, miękki kapelusz. Gdy kłaniał się odjeżdżającym krewnym, można było widzieć, że ma wysokie czoło, wyraźne oczy szare, prosty nos i wydatną brodę. Był średniego wzrostu, dobrze zbudowany, ale mizerny, skutkiem przebytych egzaminów na patent.  Trawiński zaniósł fuzję do przedpokoju i zawiesił ją na kołku; potem wziął laskę, pogłaskał psa łaszącego się i zwolna wyszedł na dziedziniec. Jeszcze onegdaj był w Warszawie u matki, a gdy znalazł się tu wczoraj, w obcem miejscu i wśród ludzi prawie nieznanych, poczuł coś, jakby ziemia usunęła mu się z pod nóg. W tej chwili doznał podobnego uczucia, z którem jeszcze połączyła się straszna tęsknota za matką, jakgdyby go od niej dzieliła nieprzebyta otchłań, nie zaś kilkanaście godzin jazdy. Przypomniawszy zaś sobie, że niekiedy tej matce odpowiadał z roztargnieniem, a nawet z niecierpliwością, schwycił się za głowę i szepnął:  — Co ja robiłem?... co ja robiłem nieszczęśliwy?... Czy ty mi będziesz mogła przebaczyć?  Przebaczyć?... Alboż ona kiedy okazała mu choćby cień niezadowolenia? Lecz właśnie to było najboleśniejsze!  Otrząsnął się i ażeby wyjść z atmosfery gorzkich marzeń, popieścił szpica i zaczął patrzeć dokoła siebie. Matka zawsze zalecała mu niepoddawanie się smutnym myślom. „Miej myśl pogodną!“ — mawiała. Dziedziniec był otoczony starym płotkiem i krzakami bzu, który już przekwitnął. Na środku trawnika rosnął także klomb bzu, a na obwodzie — krzaki róż, jałowcu i innych krzewów.  — Jakie tu wszystko stare! — szepnął. I ażeby nie wybuchnąć płaczem, uporczywie wpatrywał się w dom, jakby miał zamiar bardzo dokładnie opisać go w najpierwszym liście do matki.  „Ten domek jest ładny — myślał. — Zdaje się, że bardzo stary, ale ładny. Dlaczego ładny? Czy, że ganek jest porośnięty dzikiem winem?... Albo, że dach jest mansardowy czyli dwupiętrowy z dachówek?... Zabawna rzecz, ale ten dom przypomina motyla z rozpostartemi skrzydłami!... Neruś, nie skacz, nie walaj mnie. Zaraz pójdziemy... Uważa mamusia? Prawem i lewem skrzydłem motyla są ściany; każda ma po dwa okna z okienicami i to stanowi parter. Nad parterem wznoszą się mansardy, w których znowu z każdej strony znajduje się po jednem oknie; jeszcze wyżej dach. W prawem oknie ja sam mieszkam i nie będę cię, mamo, widział ze dwa miesiące. A teraz ów motyl — niech mamusia uważa... Motyla tworzy budynek środkowy, nieco wysunięty naprzód. Na dole jest ganek zarosły winem, niby brzuszek robaka; wyżej — pierwsze pięterko, mające trzy okna, i to jest gorsetem owadu; zaś tam, gdzie powinna być głowa, wznosi się trójkątny fronton, otoczony linją falistą. Nareszcie z poza frontonu wyglądają dwa kominy, niby dwa rożki czy macki u motyla... Ach, jak ciężko myśleć o tych głupstwach!  „Ściany domku są szare ze starości, w niektórych miejscach poplamione wilgocią; dach powinien być czerwony, a jest także szarawy z plamami zielonemi. Z kominów opada tynk; okienice wydają się tak zmurszałe, że dziecko mogłoby je poodrywać. Ale tu nikt nie będzie ich odrywał, a zamykają się tylko przed światłem porannem. W pokoju wuja, który musi wstawać wcześniej, wcale nie zamyka się okienic.“  Wielki szary motyl z głową czerwono-zielonawej barwy! Józefowi gorąca łza spłynęła z oczu.  Idąc drogą, chłopak wyminął czworniaki, przed któremi bawiły się jasnowłose dzieci parobków, wesołe, krzykliwe, tudzież kobiety w różnokolorowych spódnicach i gorsetach. Grały tam wszystkie barwy pól: zielone, czerwone, niebieskie, białe. Od ubogich mieszkań płynęły śmiechy, a nawet piosenki, była to bowiem niedziela, odpoczynek po forsownej pracy letniej.  Wyminąwszy zabudowania, Józef znalazł się na otwartem polu, dokąd już nie zalatywały głosy ludzkie; szemrał tylko wiatr między badylami, a śpiewały wgórze skowronki. Okolica pełna wzniesień i spadków, jak rozkołysane morze kolorów. Oto żółty łan zboża, przetykany ponsowemi makami i szafirowym chabrem. Oto ugór aż biały od gwiaździstych rumianków. Na prawo niewielka zielona dąbrowa, której drzewa przypominają ludzi, idących gromadą na odpust. Niektórzy obładowani, inni pochyleni, inni oderwali się od gromady i suną w pojedynkę.  A oto szczególna grupa: kilka dębów, rosnących obok siebie, tworzą wizerunek starego dziada, który maszeruje tęgim krokiem, z rozwianemi połami sukmany i podpiera się grubym kijem.
Przemiany. Prus

Biuro nieruchomości Kraków

Biuro nieruchomości Nowa Huta

Pośrednik nieruchomości Kraków Jeżeli Twoim marzeniem jest własny dom lub mieszkanie w Krakowie, lub okolicach, to koniecznie skorzystaj z ...